Z serii „Jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije”. (1) Jedna z najgorszych nocy w życiu.

Jedna z najgorszych nocy w życiu.

Próbowałam wtedy raz na zawsze się od niego uwolnić. Nie miałam niestety kontaktu ani z przyjaciółmi, ani z rodziną. Tak się potoczyło, że liczył się tylko on i jego kumple i jego rodzina. Mnie od wielu lat już nie było. 

Po tym jak próbował zrzucić mnie ze schodów, a potem oznajmił, że mnie pewnego dnia zabije. Postanowiłam na własną rękę szukać mieszkania. 

Byłam przerażona. Na pierwszej rozmowie dotyczącej wynajmu małego pokoiku – poryczałam się jak małe dziecko. Czułam, że mam mało czasu. Tak bardzo się wtedy bałam. 

Udało mi się wtedy wynająć małą kawalerkę na poddaszu w Bydgoszczy. Byleby zacząć żyć, byleby z dala od niego. Towarzyszył mi nieustanny, ogromny strach. Czułam się tak bardzo sama. Nie byłam przyzwyczajona do samotnego życia w czterech ścianach. Dzięki mojej Lilu, amstafce udało mi się tam przetrwać. Zawsze łatwiej było wrócić do domu z myślą, że ktoś tam jest, że ktoś czeka…

Zaczęłam wtedy też swoją pierwszą pracę i łudząc się, że to koniec — dostałam od niego SMS-a z pogróżkami. Widział mnie zawsze, kiedy wychodzę z pracy. Śledził, a ja jak sfiksowana wariatka uciekałam do domu, odwracając się nachalnie na każdym kroku. Szydził z tego i wyśmiewał w następnych SMS-ach.

Kiedy trochę ucichło, postanowiłam wybrać się na imprezę urodzinową do znajomej. Bawiłam się całkiem dobrze, dopóki znów nie napisał SMS-a. Był tam. Był pod drzwiami Clubu i wykłócał się z ochroniarzami. Ja jak potulna łania zeszłam do niego i poszłam na ławkę usiąść. Pokłóciliśmy się i bardzo wtedy na mnie krzyczał i wyzywał. Zza pleców wyszło dwóch policjantów i do dziś pamiętam ich pierwsze zdanie skierowane do niego: „Czy gdyby pana tak obrażano, byłoby panu miło?”.

Był wstawiony, należał do grupy ludzi, którzy niczego ani nikogo się nie boją. Wyśmiał policjantów. A kiedy został spisany, ulotnił się na chwilę. Policjanci wtedy zdziwieni zadawali mi wiele pytań, a ostatnie ich zdanie było radą, które do dziś szumi mi w uszach. „Niech pani z nim nie idzie!”.

Nie miałam największej ochoty wrócić na imprezę, dlatego zaczęłam kierować się w stronę domu. A kiedy nie było już wokół ludzi pojawił się znów on. Nie wiedział gdzie mieszkam. Robiłam wszystko, by tylko nie znał mojego nowego adresu. Bardzo się bałam. Chciałam w końcu zacząć normalnie żyć. A to znowu był on.

Zawsze traktował mnie jakbym należała tylko do niego. Najpierw łagodnie zaczynał. Prosił, żebym go do siebie zabrała. Z każdą odmową stawał się bardziej agresywny. Nie wytrzymałam. Krzyknęłam „nie!” i odepchnęłam go z całych sił do tylu. Zamachnął się wtedy całą ręką i uderzył mnie w twarz. Jego uderzenie zmiotło mnie całym ciałem na ziemię. Leżałam wtedy twarzą w trawie, trzymając w pięściach piach, jakbym trzymała się czyjeś koszuli. Jakby ziemia trzymała mnie, a ja ziemię. Jakbym przez chwilę była bezpieczna. Byłam gotowa wtedy na wszystko. Czekałam, aż zacznie mnie bić, szmacić, wyzywać. Chciałam tam tak długo leżeć, dopóki nie odejdzie. Kazał mi wstać, potem drugi raz i trzeci. A ja leżąc, tam czułam się tak błogo, chciałam już, żeby odpuścił i odszedł. Tak bardzo tego chciałam.

Złapał mnie za ubrania i podniósł, używając siły. W tle rzucał jakieś słowne wiązanki. Nie pamiętam już jakie. Popchnął, a ja upadłam. Znów mnie podniósł i rozkazał, żebym szła do domu. A ja wtedy szłam, choć nie można tego nazwać zwykłym spacerem. Robiłam kilka kroków, a on z całych sił mnie popychał. Wyglądało to raczej tak, jakby jego pchnięcia same mnie posuwały do przodu. Popychał i szarpał za ubrania. Kiedy byliśmy już u mnie, trzymając mnie za szmaty, popychał na łóżko i nie chciał, żebym wstała. Tak kilka razy, dopóki nie udało mi się wyszarpać i pobiec do kuchni. Było tam zapalone światło i w końcu odważyłam spojrzeć mu się w twarz.

Nie obchodziło mnie już wtedy czy przeżyje. Mógł mnie zabić. Nic już nie czułam. Stanęliśmy twarzą w twarz i patrzyliśmy sobie w oczy. Bił mnie wtedy słowami. Takimi słowami, których nigdy się nie zapomina. Takimi słowami, które będą już zawsze wracać. Takimi słowami, których nie mówi się nawet największemu wrogowi. 

Patrzyłam na niego z uśmiechem na moich obitych ustach. Miałam zakrwawiony nos i potargane na wszystkie strony włosy. Patrzyłam mu w oczy i się uśmiechałam. W głowie zaczęłam sobie powtarzać „Wytrzymaj, kiedyś to się w końcu skończy. Musi się skończyć. Wytrzymaj do rana. Wytrzymaj tylko do rana. Kiedyś musi się to skończyć (…)”.

Uśmiech na mojej twarzy bardzo go rozwścieczył. Uderzył znów z całych sił w brzuch i wyszedł z domu, na klatkę schodową. Ja rzuciłam się wtedy za nim i całym ciałem trzymałam drzwi wejściowe, byleby nie wrócił. Oparłam się o nie, bo próbował znów wejść, ale udało mi się już zamknąć zamki.

Tej samej nocy, zgłosiłam całą sprawę na policję. Przyjechał radiowóz z młodziutką dziewczyną i jakimś starym bykiem. Wyczuli ode mnie alkohol. Piłam przecież na urodzinowym przyjęciu. Nie mogli nic zrobić. Przecież JEGO wszyscy znają i nic zrobić nie mogą. 

Kiedy funkcjonariusze policji opuścili mój „dom” – postanowiłam wyjść na dwór się przewietrzyć. Rodziła się we mnie jakaś naiwna iskra nadziei. Zaczęłam szukać pomocy. Kogokolwiek. Szłam wtedy w stanie, jakim byłam. Miałam zakrwawioną twarz. Byłam przerażona. Płakałam. Panicznie przestraszona tym co się wydarzyło płakałam jak małe dziecko. Jak niemowlę, które szuka swoich rodziców, żeby się w ich ramionach schronić. Szłam przed siebie i wołałam po cichu „pomocy”, „zostałam pobita”, „pomóżcie mi”, „zabierzcie mnie stąd”. Naprawdę złudnie myślałam wtedy, że spotkam kogoś, kto mi pomoże i nie będę musiała wracać do tej paskudnej kawalerki już nigdy więcej. Nie miałam wtedy żadnych pieniędzy przy sobie, nie miałam jak pojechać do szpitala, na obdukcje. Nie miałam nic i nie wiedziałam co zrobić.

Weszłam do najciemniejszego parku w Bydgoszczy. Gdzie nie było nikogo, bo była już noc. A ja wtedy jeszcze bardziej się popłakałam. Chyba wtedy krzyczałam z bólu. Ale nie bólu fizycznego, tylko bólu egzystencjalnego, bólu psychicznego, bólu ducha.  Spotkałam po jakimś czasie tych samych policjantów co, spisywali go kilka godzin wcześniej. Usłyszałam „Przecież mówiliśmy, żeby pani z nim nie szła”.

Ale ja naprawdę z nim nie szłam.

Potem spotkałam koleżankę, która wracała właśnie ze swoich urodzin, na których byłam wcześniej. Widziała doskonale, w jakim jestem stanie. Miałam siną i zakrwawioną twarz. Ona wtedy tylko machnęła ręką i oznajmiła  „to nic, bo wyobraź sobie, że mi potłukli kieliszki na imprezie i będę musiała dopłacić sporą sumkę”.

Przestałam wtedy płakać. Poczułam się jak nic niewarty robal, który właśnie został zdeptany po raz któryś… 

Zawiodłam się tamtej nocy na ludziach. Ludziach, którzy są tacy sami jak ja. Którzy tak samo czują, pragną i chcą kochać. Przecież każdego mogło to spotkać. Mogło to spotkać czyjąś matkę bądź córkę. Nie mamy wpływu na to co się dzieje wokół, albo na to kogo w swoim życiu spotykamy. Jednak mamy wpływ na to, żeby powiedzieć stop, żeby się zatrzymać, żeby pomóc. Ja tamtego dnia straciłam wiarę we wszystko. Potrzebowałam wielu lat, żeby odbudować w sobie miłość, która tamtego dnia zgasła. Od tamtej pory już nigdy nie będę w stanie nikomu zaufać, choć próbuję. Jednak nie jest to łatwe, bo nie można w żaden sposób wymazać tego wszystkiego co się stało.

Ta historia jest streszczona, mijałam tamtej nocy wielu ludzi na ulicy: taksówkarzy, imprezowiczów, kobiety i mężczyzn.

Nikt się nie zatrzymał.

Reklamy

3 myśli w temacie “Z serii „Jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije”. (1) Jedna z najgorszych nocy w życiu.

  1. StaraPannaZKotem pisze:

    Boże, nie jestem w stanie wyrazić, jak bardzo mną wstrząsnęła ta historia…Chciałabym móc cofnąć czas i mieć możliwość być tam, i przytulić tą dawną, przerażoną, pobitą Ciebie… 😦 Tak strasznie mi przykro, nie mieści mi się w głowie, że nikt nie zareagował, że nikt Ciebie nie wziął w obronę… A z drugiej strony, przecież ciągle się o tym słyszy- że krzywdzone kobiety są kompletnie same i nie mają kogo prosić o pomoc…
    Myślę, że bardzo ważne jest, żeby mówić o tym, uświadamiać, że takie dziewczyny są wszędzie, są obok nas, że potrzebują naszej pomocy… Jednocześnie wyobrażam sobie, jak to dla Ciebie musi być piekielnie trudne pisać o tym… i tym bardziej Cię podziwiam!

    Polubione przez 1 osoba

  2. Seeker pisze:

    Nie ma słów, które opisałyby dokładnie to, co przeżyłaś i czego doświadczyłaś, tak jak nie ma wystarczających słów współczucia i niedowierzania, że takie robale, jak Twój były facet, chodzą po ziemi. Najważniejsze, że to się już skończyło. Była to bardzo bolesna lekcja, ale teraz już będziesz wiedziała, kiedy przerwać chorą relację. Bo on na pewno wiele razy przepraszał, Ty wybaczałaś i znów robił to samo. Teraz nie pozwolisz na to, aby błędne koło zaczęło się od początku. Prawda?

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s